Od powrotu z VMworld mam takie nieodparte wrażenie, że ogromne wielotysięczne konferencje IT stają się swego rodzaju przeżytkiem. Nie można im, co prawda pod względem organizacyjno-treściowym nic zarzucić, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie tak… Takie uczucie podobne nieco do założenia nie swoich ubrań. Rozmiar zdaje się w porządku, krój też, ale ten fetorek obcego rozkładu nie daje żyć. Wrażenie to potęguje dodatkowo rozminięcie się tych wydarzeń z pewnymi generalnymi, definicyjnymi założeniami konferencji. Otóż wyruszamy na spotkanie z zamysłem poznania kogoś, lub też wchłonięcia wiedzy na jakiś temat.

Tymczasem ogrom uczestników, przelewający się korytarzami na dziesiątki odbywających się w tym samym czasie sesji nie nastraja do zawierania nowych znajomości, jak również nie pomaga w świadomym wyborze jakiejkolwiek z ścieżek rozwoju. Można to zobrazować fenomenem zbyt dużego wyboru, gdzie zdawałoby się, mamy niekończona ilość możliwości, która nas nieco przerasta i w sumie, nie mogąc się zdecydować nic nie wybieramy. Ten swoisty buffor overflow dotyczy między innymi relacji międzyludzkich. Zbyt dużo wyborów, zbytnie napięcie harmonogramu i pęd sprawiają, że aby się zatrzymać i z kimś porozmawiać musimy coś poświęci, a przecież wciąż jest tyle do zobaczenia. Ogromne konferencje są jak kablówka z tysiącem kanałów, gdzie zamiast obejrzeć jedne film spędzasz 4 godziny przerzucając kanały w poszukiwaniu tego najbardziej godnego twojego czasu, w końcu nie oglądasz nic i masz poczucie zmarnowanego czasu.

Kolejnym elementem jest tempo – sesja za sesją, osiem ścieżek, to już narzuca iście maratoński tryb. Niema co mówić o rozmowach, ledwo jest czas na oddychanie, a co dopiero na poleżenie w basenie w hotelu który tak skrzętnie wybieraliśmy. Pośpiech po prostu wytrąca z równowagi. Miało być przecież inaczej! Niby trochę urlop, trochę szkolenie i lekka impreza a tymczasem komórka szaleje od nienawistnych telefonów kolegów co nie pojechali, ze skrzynki mailowej wylewa się wartkim strumieniem żółć, a wszystkie serwery jak na komendę popełniają rytualne samobójstwa. Spokój, ten utęskniony… niema o nim mowy. Konferencja z wymarzonego raju potrafi się zmienić w małe, prywatne piekiełko… No chyba że uświęcimy czerwony guzik w komórce, a laptopa zostawimy w domu. Dać nam to może odrobinę tego cennego czasu, co znacząco zwiększy prawdopodobieństwo, że w tym potoku ludzi uda nam się kogoś złapać i zamienić z nim kilka słów.

To, że duże konferencje tracą duszę jest tematem znanym. Rozdmuchanie i ilość przedłożona na jakość nie pozwalają na skupienie się na szczegółach. Można robić wszystko, ale niezwykle trudno jest rozbudzić między ludźmi chęć poznania czegoś nowego. W ogromnej większości jednak jesteśmy nieśmiali, a duże konferencje przytłaczają, paradoksalnie sprawiając, że najchętniej schowałby się gdzieś, skupiło w grupie starych znajomych – bo wiadomo w stadzie nie tylko raźniej ale i bezpiecznej. Epickość wydarzenia wywołuje w nas podświadomą reakcję ochronną. Otwieranie się, poznawanie nowych ludzi, podejmowanie zadania to zdecydowanie zadania które nasz mózg lubi robić w nieco bardziej intymnej atmosferze. Czasami oczywiście taka konferencja może zmienić się w coś a’la festiwal, gdzie wszyscy niesieni jedną piękną ideą mażą żeby się poznać, przekazać wiedzę i tworzyć jedną wielką wspólnotę. Sądzę jednak, że jest to mrzonka, bo ostatni raz kiedy się to stało to był to Woodstok, a motorem były narkotyki. Czcze marzenie marketingowca-sekciarza.

Tysiące ludzi przywiedzionych w jednym miejscu oczywiście współdzielą jakieś cechy wspólne pasje itp., ale tylko nieliczni z nich chcą budować społeczność i dzielić się wiedzą. To widać coraz bardziej. IT jest zbyt wielowymiarowe i coraz trudniej znaleźć spójność poglądów nawet w tak wąskim zakresie jak tematyka infrastruktury IT… bo zaraz?! Temat infrastruktury IT wcale już nie jest taki wąski. Ludzie zbliżają problemy, wspólne wyzwania i to one w dużym stopniu pozwalają budować atmosferę świetnego spotkania/konferencji. Wydaje mi się, że nadchodzi czas małych wydarzeń konkretnych subkultur IT i ich MeetUp’ów, vBeer’ów i User Grup.

Felieton został opublikowany na łamach IT Professional.

About the author

Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT. Specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP oraz VMware vExpert.
4 Responses
  1. Kamil Boratyński

    Zdecydowanie po przeczytaniu skojarzył mi się RedHat Forum 2016, gdzie ja, mały człowieczek szukałem odrobiny stabilizacji emocjonalnej. Generalnie – bardzo dobrze mi się Ciebie czyta, @Maciej. Tak zwyczajnie, jeśli chodzi o dobór słów i gramatykę. 😉 — K.

  2. Coś w tym jest co opisujesz, jak idę na Cisco Forum lub inne EXPO na 1000+ osób to mam ochotę wyjść po drugiej sesji. Na RH Forum byłem , nawet z Kamilem zamieniliśmy parę słów ale potem impreza okazała się zbyt ciężka żeby zostać. Co innego pyWaw, WMUG, WAzure User Group itd itp , na sali 20 osób, można śmiało wdawać się w polemiki, atmosfera jest luźna i sprzyja otwartej dyskusji

Leave a Reply