Kolejny VMworld za nami. Tym razem Barcelonę, tak nie do końca rozgrzaną słońcem, odwiedziliśmy w szerszym gronie. Trzech vExpert-ów z inleo – Jarek, Remek i Ja. Dla mnie to już był zdaje się czwarty raz, chłopaki zawitali po raz drugi. Kręcąc się po wydarzeniu doszliśmy do kilku pozytywnych jak również i kilku gorzkich wniosków.

vmworld2015

Konferencja jak dziecko, znowu urosła. Tym razem spotkanie to odwiedziło blisko 10 000 osób. Dosyć potężna liczba jak na wydarzenie które wymaga przelotu dla dziewięćdziesięciu procent odwiedzających. Ilościowo zatem do przodu… a jakość?

De facto nie zmienia się ona zbytnio – wciąż dostajemy ten sam pakiet wiedzy, marketingu i dobrej zabawy. Wydaje mi się, że przez lata wzorzec skalowalnej konferencji dla ludzi z branży IT został wypracowany. Ogromna ilość sesji, z czego tylko pewna część naprawdę ciekawych, oglądana poprzez pryzmat wczorajszego kaca, przygaszonego darmowym piwkiem w delikatnym napięciu związanym z możliwością wygrania iPada. Czyli odpowiednia dawka nerdgasmu względem imprezy. Jeżeli wybraliśmy się na VMworld tylko z pobudek imprezowo-turystyczno-poznawczych to konferencja na pewno nie zawiodła. Natomiast co gdy chodziło nam o wiedzę? Z tym bywało bardzo różnie, generalnie wiele sesji nie zawiodło, natomiast krążyły opinie, że wiele z nich było poniżej krytyki. Niema się jednak co dziwić, gdyż przy tak potężnej ilości wykładów, paneli dyskusyjnych i labów mogą zdarzyć się perełki jak i zgniłe jabłka.

Dość jednak tej nic niewnoszącej smutnego jak program TVP gadaniny. Zgodnie ze sztuką nowoczesnego dziennikarstwa IV Rzeczpospolitej czas na stronniczą część sprawozdania. Tak jak w poprzednim roku wybrałem się na VMworld nie do końca w celu posłuchania newsów, pogapienia się na hostessy, czy też wypicia darmowego piwka na plaży, ale z innej, nieco bardziej subtelniej przyczyny. Barcelona późną jesienią jest piękna, to prawda, acz oklepana już jak dupa gejszy i szczerze powiedziawszy liczę na to, że następny VMworld wydarzy się gdzieś indziej, bo ile razy można oglądać Sagradę Familię 😉 Nie miejsce jest jednak najważniejsze, otóż VMworld tak jak pisałem zresztą w zeszłym roku to przede wszystkim ludzie. Jeżdżę tam w zasadzie ze względu na to, że jest to jedno z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu nowoczesnego IT klasy enterprise i pojawiają się tam osoby które mogę spotkać tylko raz w roku. Spotkania te i rozmowy które podczas nich się wydarzają dają ogromną inspirację i pozwalają spojrzeć na pewne czy to międzyludzkie, czy też technologiczne problemy z zupełnie różnych często zupełnie zaskakujących perspektyw.

Zatem jeżeli chodzi o aktualności dotyczące bezpośrednio produktów VMware to listę znajdziecie poniżej:

Wydaje mi się, że rozpisywanie się nad nimi w szczegółach byłoby nieco odtwórcze. Natomiast warto na pewno spojrzeć na update vCloud Directora w wersji 8 oraz VMware vSphere Integrated Containers wraz z florą i fauną VMware Photon OS. Projekt ten jest według mnie arcyciekawy. Myślę, że przetestuje go w najbliższym czasie i dam Wam znać jak to naprawdę z nim jest.

Nie chciałbym natomiast się skupiać na nowinkach bo o nich możecie poczytać wszędzie. Od zakończenia VMworld nie dają mi spokoju trzy rozmowy, które przeprowadziłem z znaczącymi głowami w światku około VMware. Czysta myśl numer jeden:

 „Tworzenie aplikacji w oparciu o gotowe serwisy dostępne od konkretnych dostawców Cloud rodzi według mnie niebezpieczeństwo gigantycznego lock-in. Mam nadzieję, że powstaną na tyle szybko odpowiednie biblioteki, które sprawią, że dla programistów nie będzie miało to znaczenia, co jest gdzie, zanim nieświadomie wsadzą nas ponownie na minę a’la Fortran.”

Wydaje mi się, że nikt nie porusza tego tematu. Generalnie w IT intercompatibility jest rzeczą przemilczaną. Każdy dostawca umożliwia „jakąś tam formę” migracji na inną platformę, ale jeżeli ktokolwiek z Was próbował ją przejść, to wie doskonale, że jest to droga Doliną Cieni. Podobnie jest z rozwiązaniami gotowych usług w chmurze, z natury rzeczy może to być świetne rozwiązanie, ale trzeba bardzo świadomie rozważyć ewentualne ryzyka… Wydaje mi się jednak, że nie to jest najważniejsze. Rdzeniem tej wypowiedzi jest druga część myśli – spójne API/klasy, lub też można pójść o krok dalej… Wyobraźmy sobie taką oto sytuację, gdzie programista potrzebuje serwis do wysyłania wiadomości. Aktualnie musi wgryźć się w jakiś tam API od jednego, drugiego czy trzeciego dostawcy, naturalne wydaje się, że jest to słaba droga – musi bowiem jako tako znać każde rozwiązanie aby je zastosować. Idealnie byłoby aby wywoływał klasę powołaj_mi_tera_szybko_serwis_msg(). Natomiast framework na którym pracuje odwoływałby się do lokalnego/zdalnego brokera o rozwiązania, które zależenie od gałęzi gdzie dany programista pracuje powoływałby mu odpowiedni serwis zgodnie z zdefiniowanym scenariuszem – chmura/zdalne DC/lokalne DC. Mesos? Pożyjemy zobaczymy… Kolejna czysta myśl:

„OpenStack zostanie skanibalizowany przez kontenery.”

Chyba każdy zadaje sobie jakieś tam pytanie o przyszłość/sensowność OpenStack… osobiście zgadzam się z powyższą myślą. Aplikacja ma większą wartość dla biznesu niż VM. Niektóre VM z różnych powodów pozostaną w infrastrukturze IT, natomiast nowoczesne oprogramowanie, pisane na modłę skalowalności horyzontalnej zdecydowanie lepiej aklimatyzuje się w kontenerach. Powodów jest kilka – brak wspomnianego powyżej lock-in, szybkość powoływania, zgrabne API i powoli lecz sukcesywnie wzrastająca stabilność. Po co nam OpenStack? Docker w chmurach czy w lokalnym/zdalnym DC jest i tak konsumowany przez API. Dla programisty jest to przezroczyste. Dla admina w sumie też niema to znaczenia dopóki rozwiązanie jest spójne. Jest wiele aspektów które wypadałoby tu dodatkowo poruszyć, ale idea raczej jest przejrzysta – infrastruktura napędzana jest aplikacjami, a każda z nich może mieć inne preferencje. Będzie miejsce dla VM i kontenerów, choć na dzień dzisiejszy zdaje się, że więcej dla tych drugich.

„Przed końcem 2015 roku 65% firm będzie wykorzystywać chmurę hybrydową, czyli mix prywatnej i publicznej chmury, dedykowane serwisy i aplikacje działające w chmurze, oraz wirtualne i fizyczne maszyny.”

Widać ten trend od pewnego czasu i pewnie przez najbliższe lata również będzie się on utrzymywać. Droga do chmury publicznej, tak bardzo biznesowo wymagana, osiągalna będzie poprzez wiele formuł hybrydowych, to natomiast implikuje ogrom pracy. Widać to już teraz – aktualnie utrzymujemy wiele różnych technologiczne ośrodków przetwarzania – lokalne/zdalne DC, chmura jedna czy druga. Poza tym w każdym z ośrodków możemy spotkać różnorakie twory. Generalnie płonący burdel. Kuszące jest pozostanie w jednym ciepłym gniazdku, jednakże biznes tego nie zniesie. Automatyzacja to jedyna droga… tylko cholera, automatyzacja czego? Chmury, DC, czy może automatyzacja białkowa – więcej adminów 😉

Powyższe myśli, które pozostały mi w głowie po VMworld mają się całkiem nieźle do polityki VMware. Widać, że chłopaki z DEL… EM… eee… VMware 😉 mają głowę na karku i zauważają, że hybryda będzie najbliższą przyszłością dla IT w związku z czym przygotowują rozwiązania które mają ułatwić życie dla adminów, a dla biznesu dać możliwość korzystania ze wszystkich drobnych przyjemności związanych z technologiami takimi jak kontenery i chmury oblanych słodką polewą integracji… Kontenery? VMware vSphere Integrated Containers i VMware Photon OS. Prekonfigurowany OpenStack? VMware Integrated OpenStack. Automatyzacja wszystkiego? VMware vRealize 7.0. Wizja jest, narzędzia są, czas ruszać z robotą.

About the author

Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT. Specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP oraz VMware vExpert.
1 Response

Leave a Reply