Migracja… a może odwrotna kolonizacja?

Rok 1498. Okolice Kalikat. Do oddalonej 18 km od miasta plaży przybija portugalska karaka. Dowodzący nią Vasco da Gama wraz ze swoją załogą złożoną z morderców, pijaków i gwałcicieli odkrywa morską drogę z Europy do Indii. Biesiadując wieczorem na złocistej plaży, popijając wino i wcinając lokalną zwierzynę Vasco da Gama cieszy się, że wypełnił powiężone mu przez Henryka Żeglarza zadanie… w całej tej wesołości podsycanej, nie wiadomo, czy bardziej alkoholem czy myślą o krwistej chrystianizacji, nieświadomy on jest jednej, bardzo ważnej rzeczy – otóż jak się okaże za 500 lat, nie odkrył on drogi z Europy do Indii, lecz drogę z Indii do Europy.

Przez następne dziesiątki lat przez Indie przetacza się huragan portugalskiej furii chrystianizacji, oraz angielskiej rządzy pieniądza. Na początku XVI w. wybrzeże Indii obrasta faktoriami handlowymi. Dzięki czemu, powoli, lecz bardzo stanowczo Portugalia wypiera z Indii odwiecznie egzystujących tam Arabów. Jak ropnie na zadżumionym ciele Indie obsypują się katedrami. Krzyż niesiony przez kraj zaznacza swoją drogę purpurą krwi i płonącymi stosami. Prawie sto lat tej sielankowej, chaotycznej grabieży pod szatką szerzenia wiary kończą Anglicy. Przez następne setki lat grabież spod znaku krzyża, która była preferowaną formą rozwoju kolonii przez Portugalczyków zmienia się w zwyczajną grabież spod znaku mamony. Powstają nowe porty, a orientalne dobra spływają wartkim strumieniem użyźniając Europę. Małe fortuny rosną do dużych majątków pozwalając staremu lądowi zakwitnąć niczym Rajski Ogród. Powołane do życia zostają Kampanie Handlowe, które dzięki płynącemu przez nie bogactwu rosną do miana niemal niezależnych państw – wielkie floty, armie, morze ludzi i niewyobrażalne bogactwo… Wszystko to zbudowane na bardzo stanowczym wyzysku krajów kolonialnych w tym Indii. Europa przez te setki lat dała Indiom wszystko to, co oferowała innym koloniom – głupotę, biedę, niedorozwój społeczno-kulturalny, dyskryminację rasową i religijną oraz całą paletę wszelkich, najpaskudniejszych chorób.

Nie zrozumcie mnie źle. Bynajmniej im jakoś wybitnie nie współczuje z tego powodu. Czasami mam nawet wrażenie, że Indie dalej, w pewnym stopniu trwają w czasach kolonialnych. Tym bardziej teraz, kiedy wydaje mi się, że to Europa jest kolonizowana przez Hindusów.

Nie sądzicie, że historia zatoczyła nieco upiorne koło? Te lata wyzysku mogą powrócić, tylko, że w drugą stronę. Teraz to my będziemy drenowani przez Umeshów, Sadifów, Pradeppow. Nie będzie to też takie namacalne, jak w XVI w. kiedy chodziło o rzeczy materialne – jak pieprz czy opium. Nasi nowi kolonizatorzy przyszli po coś zdecydowanie bardziej esencjonalnego niż najwyższego gatunku kardamon czy herbata. Oni przyszli po wiedzę, po informacje… i dostaną je. Dostaną je, bo Europejczyk jest po prostu za drogi. Hindusi, Chińczycy czy inne nacje, które znajdują nieopisaną przyjemność w pracy za miskę ryżu przyjadą do Europy i ją skolonizują. Dlatego, że po pierwsze mogą. Po drugie relatywnie niska jakość świadczonych przez nich usług, czy też tworzonych produktów jest cechą pożądaną. Możesz sobie mówić, że nie, ja, nie łapie się na takie haczyki. Trochę mniej hipokryzji. Przypomnij sobie, jakie narzędzia ostatnio kupiłeś w promocji i czy jednak, zupełnie przypadkowo wybrałeś cenę a nie jakość? Dokładnie, czasem myślimy sobie, że jakoś to będzie. Przemęczymy się z tą, jedną, czy drugą, drobną niedogodnością, że, mimo, iż coś nie działa jak działać powinno, to jednak ile pieniędzy zostało w kieszeni. Tak. Ostatnio trochę zmurszeliśmy, bierzemy, co dają, nie oczekujemy wiele. Właśnie w tym momencie otwiera się możliwość dla Hindusa – on nam da produkt, który nam będzie pasować. Tani, słabej jakości – spełniający nasze niskie wymagania.

Tak, więc przygotujmy się na przypływ… Można powiedzieć, że Europa nie pierwszy raz jest w takiej sytuacji. Mieliśmy już przecież, chociażby Germanizację, Rusyfikację czy Amerykanizacje, które nie poszły zgodnie z planem…. może z wyjątkiem Amerykanizacji, która poczyniła ogromne sukcesy. Jednak nawet po jej przejściu pozostały tożsamości narodowe, a globalizm, mimo, że stał się faktem, to jednak faktem nie do końca dokonanym. W przypadku Hinduizacji jest jednak troszeczkę inaczej. Nie dotyka ona, bowiem kwestii kulturalno-społecznych, kwestii wiary, czy też zmiany sposobu życia. Ona igra na naszych najniższym uczuciu – lenistwie. Lenistwie, w którym Hindusi mogą nam pomóc. Zrobić coś za nas, coś, czego nam się już nie chce. Czy to źle? Nie, wcale tak nie uważam, podoba mi się nawet myśl o tym, że wszystkie przykre dla mnie czynności, za drobną opłatą będzie wykonywał ktoś inny. Co jednak się stanie, kiedy nie będę miał na tą małą opłatę, bo ten ktoś nauczy się ode mnie wszystkiego? Nie dość, że nie będzie widział nic złego w odwalaniu tej całej gównianej roboty to, dodatkowo będzie w stanie wykonać również te bardziej wymagające zadania!

Przykład już mieliśmy w Anglii. Tak, tak tej samej Anglii, która 400 lat temu tak sielankowo doiła swoich aktualnych oprawców. Role się odwróciły, teraz to indyjskie firmy kupują firmy angielskie. Następnie wysyłają na wyspy swoich śniadych pracowników, którzy skrzętnie, acz bezmyślnie uczą się wszystkiego od tamtejszych specjalistów. Gdy transfer wiedzy jest zakończony hinduski zarząd pozbywa się, za drogich, za burżujowatych, za białych pracowników. Trzy ruchy, szach i mat – rdzenna, prowadzona od 27 pokoleń przez szereg dbających o porządek i każdy szczegół serów i hrabiów angielska firma pozostaje jedynie fasadą dla chowającego się za nią bezładnego cyrku złożonego ze stada Hindusów.

Pozostaje nam mieć tylko nadzieję, że ten proces skończy się podobnie jak w przypadku powojennego, japońskiego przemysłu motoryzacyjnego, który odebrał Europie wszystko, oprócz kreatywności. Którą jak to się okazało nie jest tak łatwo skopiować. Dzięki bogu pozostają rzeczy na tym świecie, które nie można się nauczyć, kupić, czy przetransferować… i chyba w tym nasza nadzieja.

Ps. W sumie to chciałem napisać artykuł o migracji domeny z 2003R2 i 2008R2, oraz jak to przetestować, ale… tak jakoś wyszło 😉

About the author

Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT. Specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP oraz VMware vExpert.
2 Responses

Leave a Reply