Jest taka siła w IT, która jak wkracza w świat naszych niezawodnych datacenter to nic, absolutnie nic nie jest w stanie jej powstrzymać. Wszyscy hakerzy, wirusy czy malware szyfrujące dane są niczym trzepnięcie skrzydełek motyla. Jest taka siła, przy której nawet blednie trzęsienie ziemi, powódź czy też rozszalały pożar trawiący domy w Kalifornii. Siła ta nieskrępowana niczym wola niebios niczym lot ptaka, czy też po raz pierwszy wypuszczona z domu czternastolatka na dyskotece. Drżą przed nią wszelkie procedury, a menadżerowie, gdy się o niej wspomni, odwracają się i w ciszy pośpiesznie się rozchodzą. Generalny strach i niepokój, a imię jego „Dział Elektryczny” wraz z Panem Józkiem i Panem Staszkiem jej dwoma jeźdźcami apokalipsy.

Nie wiem, może mam takie szczęście, ale nieważne gdzie zawitam, to zawsze jest ich dwóch. Chodzą nierozłączni, parami, jak plus i minus, snują się korytarzami bez celu, ale w pełnym skupieniu z jednego budynku do drugiego. Zawsze coś mają do zrobienia, nieprzerwanie owiani aurą tajemniczości przemieszanej z delikatnym zapaszkiem dopiero co przetrawionego alkoholu. Znają się na wszystkim, ale namówienie ich na wykonanie najmniejszej zmiany wymaga tytańskiej cierpliwości. Zazwyczaj językiem ludzkim mówi tylko jeden, natomiast między sobą porozumiewają się szeregiem bliżej nieokreślonych dźwięków – bąknięcia, cmoknięcia, gugloty… Kiedyś przyjechała do nas delegacja z Zambii, przez moment miałem wrażenie, że oto Pana Józka i Pana Staszka odwiedziła zagubiona w meandrach dziejów rodzina. Nie daj Boże, dowiedzieliby się, co pomyślałem! Wiadomo, nie ma większej obelgi dla jeźdźców niż przyrównanie ich do Afrykanów, gorzej tylko to by ich chyba Rumunami nazwać.

Zawsze tak stoją, jeden mówi, a drugi wodzi wzrokiem po butach, ziemi i suficie jakby tam znalazł zagubiony fragment biblii. Na końcu przez moment patrzą sobie w oczy, następuje synchronizacja myśli, transfer kończy się potrójnym mrugnięciem. Potem Pan Józek – ten, co mówi, oddala się pośpiesznie, a po jakiejś jednej, dwóch sekundach za późno Pan Staszek wychodzi z trybu przetwarzania i podąża za nim. Czasami zapomni swojej torby. Zawsze się zastanawiam, co oni tam noszą… Ta słynna torba, z twardej świńskiej skóry, niezmiennie przez wiele tysięcy pokoleń elektryków, obecna. Mam wrażenie, że to tylko kwestia czasu jak w Petrze, podczas wykopalisk archeologicznych, ktoś, kiedyś znajdzie fresk, w którym człowiek z taką właśnie torbą włada piorunami. Zeus też taką miał, ale ukrywał przed zazdrośnikami. Zatem chwyta tę torbę, co ją po ojcu elektryku odziedziczył, a tamten ją pod Wiedniem od turka wywalczył i biegnie za Panem Józkiem. Jeźdźcy w pośpiechu odjeżdżają, ale niech cię to nie zmyli, powrócą w tych swoich ogrodniczkach, z tą torbą i zrobią ci taką instalację, że nie będziesz mógł się bez nich obejść.

No więc przychodzi ten dzień, kiedy już w serwerowni gniazdeczka brakuje albo nowy UPSik przyjechał i mimo niechęci musisz zadzwonić po elektrycznych oprawców. Swoją drogą telefon do Działu Elektrycznego to zawsze niesamowite doznanie, trudno co prawda stwierdzić czy przyjemne, jednak na pewno wyjątkowe. Wydaje się, czymś z pogranicza podróży w czasie a lewatywy emocjonalnej. Otóż tylko Pan Józek ma telefon, wiadomo tylko on, używa ust do wyrażania myśli w postaci słów. Zatem dzwonimy, że trzeba obwód nowy, esy i to wszystko tam w skrzynce na ścianie. Wydaje się sprawa prosta. Po telefonie już wiemy, że teoria strun to jest sprawa prosta, a nie obwód cośmy sobie wymarzyli chyba z szatańską pomocą.

Po kilku dniach przychodzą, tacy jacyś niedookreśleni – ni to nadąsani, ni to zadowoleni. Mają narzędzia, robią, kładą, montują i deliberują. Po kilku chwilach gotowe. Trzy dni później, po pięciu poprawkach nawet działające. Myślisz – anioły! Jednak nie daj się zwieść, jeźdźcy zawsze coś pozostawią po sobie… Jakąś małą kostkę niedokręconą, jakiś kabelek niedbale kombinerkami zagięty, czy też nieznany bezpiecznik c40 tuż za tymi c180, o których wiesz… Montują i czekają aż wezwie ich awaria a oni tacy niebywale zaskoczeni, że prąd? Że bezpiecznik? Niemożliwe! Przybędą czym prędzej by zebrać swoje żniwo.

About the author

Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT. Specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP oraz VMware vExpert.
3 Responses
  1. Mateusz

    Opisane jak by miało to miejsce za czasów PRL, sam tych czasów nie pamiętam ale słyszałem z opowieści. Osobiście nie widziałem nikogo w tych czasach pod wpływem. Polecam zobaczyć jakąkolwiek większą fabrykę gdzie pobierana moc jest wyrażana w megawatach, a liczba przetwornic częstotliwości sieje spustoszenie w sieci wysokimi harmonicznymi. W takim wypadku zdanie o wiecznie pijanych nygusach znacznie się zmieni. 🙂

Leave a Reply