Lepiej wzrok odwrócić. Nic przecież nie naprawia lepiej, niż ignorancja rzeczywistości. Poczeka do rana, jutra, za tydzień, zresztą jak coś ważnego, to i tak ktoś zadzwoni… a może nikt nie zauważy. Nie wiem, która z tych wymówek działa najlepiej, która z nich najbardziej kompleksowo odcina nas od ewentualnej odpowiedzialności. To tak, jak z tymi dowcipami o robieniu kopii zapasowych – przecież one nas nie dotyczą, świat pełen jest takich nieudaczników, ale to nie my. Śmieszne dopóki się nie okaże, że to jednak my.

Niech rzuci kamieniem ten, kto monitoringu nie planował na końcu, kto mu niskiego priorytetu nie nadał, kto nie wzgardził nim podczas wdrożenia i powiedział – „Kiedyś się zrobi”. Wiadomo kraina „kiedyś się zrobi monitoring” leży zaraz obok tej zwanej „kiedyś się zrobi dokumentację”… i tak jakoś nigdy się nie zrobiło, albo tylko trochę – tak aby było. Kara za to niedopatrzenie jest wielka, ale nie przychodzi od razu, więc może nigdy. Odpowiedzialność rozpływa się w czasie, może uda nam się, że jej ostrze nas już nie dosięgnie, a naszego następcę, gdy my będziemy daleko stąd.

Monitoring można postrzegać na zasadniczo dwa sposoby. Pierwszy roztacza wizję stadka pomocnych chochlików, które wyręcza nas w pracy, abyśmy (jak sławnej grze Dungeon Keeper) mogli dalej spokojnie czynić zło i siać pożogę. Zazwyczaj osoby, które postrzegają w ten sposób tę nieco wzgardzoną cześć IT, próbują zautomatyzować proces monitoringu, aby był on jak najbardziej proaktywny. Pojawiają się wówczas różnego rodzaju mechanizmy wspomagające – to już nie jest tylko złożone raportowanie, ale i pewna zdefiniowana reakcja składająca się z szeregu czynności. Monitorowane jest wówczas możliwie dużo parametrów, a każda sytuacja odbiegająca od reguły jest drobiazgowo analizowana i rozkładana na czynniki pierwsze. Nie zamiata się nic pod dywan, a raczej podchodzi się do wszystkich danych z otwartymi ramionami – jak najwięcej, jak najczęściej i na wszystkich możliwych warstwach, od fizyki po szczegóły aplikacji. Monitoring taki jest ideałem, do którego się dąży, doskonałością samą w sobie i jak to z wzorcem bywa, rzeczą niedoścignioną.

Drugim typem postrzegania jest wspomniany nieco na początku tzw. model „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. Polegający na skrzętnym ukrywaniu przed sobą samym problemów, które mogłyby się pojawić, lub aktualnie się objawiają. Wydaje mi się, że to taki pogłębiony syndrom sztokholmski, gdzie jest się niewolnikiem i kochankiem swojej krótkowzroczności. W podejściu tym buduje się również wizje świata idealnego, w którym to najchętniej się nic nie zbiera i nie przetwarza, bo nie daj boże jeszcze coś się znajdzie i trzeba będzie naprawiać. Model ten reprezentują ludzie, którzy system monitoringu opierają na parametrach binarnych – działa, nie działa, oraz na braku powiadomień. Dobrze nie mieć danych, bo może z nich wyniknąć coś złego. Często odziedziczyli oni system monitoringu działający w pierwszym modelu, ale go nie rozumieli i wyłączyli jego znaczną część (lub całość), pozostawiając wszystko w rękach najwyższego. Bez wątpienia, model pierwszy jest lepszy. Wymaga więcej wszystkiego – pracy, wiedzy, pomysłu, ale jest po prostu lepszy. Drugi to syf i namiastka dla leniwych pozerów. Coś ja skóra w Tata Nano – może się podobać tylko dla ludzi z wyłupionymi oczami i zupełnym brakiem autorefleksji.

Jednak i w ideale może zakorzenić się pewna ignorancja, wynikająca ze zbytniego zawierzenia technologii. Przypomina mi to sytuację, gdy pewnego razu stałem ze starszym panem na przystanku. Nie było o czym gadać, czas się dłużył, więc widząc nadchodzącą burzę na horyzoncie zagadałem klasyczne – „Będzie padać.” jakież było moje zdziwienie, gdy w blasku piorunów i w huku nadchodzącej nawałnicy odpowiedział z pełną powagą, bez cienia ironii „Nie, dziś słońce, w prognozie tak mówili.”. Obaj przemokliśmy, do ostatniej suchej nitki. On przez ignorancje rzeczywistości, a ja, bo nic z tą moją wiedzą nie zrobiłem… zignorowałem powiadomienia. Kolejny grzech, z nich wszystkich najcięższy.

Artykuł został opublikowany na łamach IT Professional.

About the author

Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT. Specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP oraz VMware vExpert.

Leave a Reply