Bardzo dużo pisałem przez ostatnie lata o transformacji w IT i jej wpływie na zatrudnienie. Jednak wciąż mam wrażenie, że nie wszystko zostało powiedziane. Może chodzi o to, że jest to proces, którego efekty nieprzerwanie się krystalizują i stosunkowo trudno go uchwycić w słowach. Wpływ na to ma na pewno ogrom zmiany, jej wielopłaszczyznowość, mnogość technologii i ludzi z nimi związanych, którzy cały czas redefiniują transformację. Ten temat, trochę jak rzeka meandruje i zmienia się nieustannie.

Podlasie. Połowa sierpnia, rozpalona jak piec kaflowy w styczniu. Najstarsi flisacy na Narwi nie pamiętają takiego skwaru. Upał, pot i trud wyprawy do wiejskiego, zakurzonego pyłem ze żniw baru, był tytański. W takich miejscach, w taką porę roku, można natrafić na niezwykłych ludzi. Ja miałem szczęście spotkać się z W. Dużo rozmawialiśmy. Zimne piwo w takie dni tylko nawadnia, przelatuje przez człowieka jak kebab na dworcu centralnym. Opowiadał mi jak przeszedł na emeryturę, jak teraz ojcowiznę klepie – mówił, że zmęczony jest, ale inaczej, niż przez te lata administrowania RISC-ami. Teraz go boli kark, a nie głowa. W. zaczynał karierę jakieś 40 lat temu… to był 78? Na początku były komputery wielkości młyna, później kombajna, które z biegiem kolejnych lat kurczyły się. W jego przypadku efekt kingsize zatrzymał się na mniej więcej sprzęcie wielkości lodówki. Wówczas korzystali z tego wszyscy wielcy tego świata – banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, linie lotnicze, wojsko. RISC-ki miały 80% rynku datacenter. Tylko, że rynek ten był wielkości rynku sprzedaży czołgów – lukratywny, acz niszowy.

Otworzyliśmy kolejne piwo i W. opowiedział mi, że jak dotarły RISC-ki do Polski to już się mówiło o ich końcu, że x86 przyjdzie i „zaora”. Lata 2000 były takim momentem, że przez chwilę wahał się czy nie zmienić profesji, że nie będzie pracy, że dzieci nie wykarmi i pozostanie mu emigracja na zachód – w najlepszym przypadku na zmywak, a pewnie z jego delikatnymi, nieprztykniętymi do pracy dłońmi, to do burdelu. Śmialiśmy się chwilę. Dochodziła 15, powietrze zaiste hutnicze, lodówki z piwem huczały jak myśliwce, Barowa spływała po barze razem z lastryko. Wielu kolegów W. zmieniło zawód, on jednak został i obserwował transformację. Zmigrowano mnóstwo aplikacji – mówił, jakieś 10%… W miedzy czasie okazało się bowiem, że przepisanie pozostałych jest albo niemożliwe, albo absurdalnie drogie. Po prawdzie, w między czasie wdrożono setki serwerów x86 i tysiące nowych aplikacji na nich działających. Większość jego kolegów, którzy poszli w „nowe technologie” zostało kierownikami, nurzali się w intelach, amd, wirtualizacji i automatyzacji patrząc na niego z lekką pogardą. Co roku ktoś mu mówił, że „już niedługo”, bo nie idziesz do przodu, bo nie zmieniasz się w stronę, w którą idzie świat. On robił swoje, bo te kilka aplikacji, które utrzymywane były na jego RISC-ach, to był trzon firmy. Co kilka lat miałem odświeżenie sprzętu – mówi, technologia z kosmosu, do x86 wchodziło to lata później. Skończyliśmy piwo. Barowa przypominała plamę rtęci, była bardziej jak T2000, a nie człowiek. Dochodziła siedemnasta, świat płonął, jakby zderzyły się dwa słońca.

Poszedłem po lody, którymi podzieliliśmy się z Barową i zaczęła biedaczka wracać do właściwego stanu skupienia. W. opowiadał dalej – na początku pracy mówili mi, że RISC jest martwy, tak samo mówili jak przechodziłem na emeryturę. Ten niesamowity całościowy wzrost rynku IT przez ostatnie 40 lat sprawił, że RISC-ki stały się drobnym procentem całości, ale relatywnie miały taki sam rozmiar jak na początku, tylko obok wyrósł monstrualny rynek x86, który finalnie przejął może klika procent aplikacji, które pierwotnie były uruchomione na lodówkach. Fakt, zmniejszyła się dynamika wzrostu, zlikwidowano kilka stanowisk, trzeba było zmienić firmę, ale praca była. Najgorsze są pierwsze lata – mówi, te chwile po rozpoczęciu transformacji, kiedy marketing „nowego, lepszego” jest tak rozszalały, że ludzie nie myślą logicznie. Biegną jak idioci w przepaść, padają wówczas słowa – wszystko, szybko, taniej w jednym zdaniu. Jak się przeżyje ten hype, to można odetchnąć, zastanowić się i często okazuje się, że w sumie to nowe lepsze przez pierwsze lata tak pochłonięte jest samoafirmacją, że nie ma czasu zająć się starszym, brzydkim bratem… a później budują mu pokoik w piwnicy i ma tam siedzieć, aż zdechnie. Przyszedł wieczór. Czerwień zachodu słońca przyniosła długo wyczekiwaną otuchę. Było parno, ale chłodniej. Był wieczór, spokój i zimne piwo.

Artykuł został opublikowany na łamach IT Professional.

About the author

Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT. Specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP oraz VMware vExpert.
1 Response

Leave a Reply