Pewnego dnia, podczas wycieczki na zarząd z kolejnym plikiem faktur do akceptacji, znienacka dopadła mnie pewna refleksja. Nie wiem dokładnie czy był to moment kiedy wsiadałem do windy, czy kiedy na nią czekałem. Zacząłem wtedy, mimowolnie, robić rachunek sumienia. Rozliczać w głowie wszystkie te modernizacje infrastruktury IT – dla większej wydajności, pojemności, niezawodności. Przypominałem sobie wszystkie terabajty, wirtualizacje, backupy, hordy stażystów, specjalistów i megawaty energii. Wydawało mi się wtedy, że nie ma innej drogi, że potrzeby IT zawsze będą nienasycone niczym ciekawość teściowej czy też szafa kobiety.

Siódme. Dział księgowy. Od tych wszystkich zer zaczynało mi się kręcić w głowie. Pamiętam to dobrze, tak, jak tłum w windzie – boże, że też tylu ludzi można zapakować do takiego małego pomieszczenia. Uświadamiałem sobie z każdą chwilą, że zasoby, które posiadamy są wystarczające, a nawet za duże – sprzęt odpowiedni, ludzi w sam raz… a tylko maszyny wirtualne namnażają się niczym bakterie. Data center tonęło w powodzi niekontrolowanego wirtualnego rozrodu. 

Dziewiąte. Kadry. W głębi duszy wiedziałem czemu tak jest, dlaczego mój dział pękał w szwach od kosztów, ludzi i sprzętu. Smutna była jedynie odpowiedz… nikomu nie chciało się tego wszystkiego opanować, przejrzeć, sformalizować – posprzątać. Zasłanialiśmy się natłokiem pracy, zbyt małą ilością ludzi czy premierą Diablo 3. Tymczasem maszyny wirtualne opanowywały nowe rejony RAM-u i pożerały kolejne procesory. Zupełnie bezsensownie, zmarnotrawione zasoby, zarówno sprzętowe jak i ludzkie. Każda nowa maszyna bowiem wymagała pewnego nakładu pracy – jej instalacja, konfiguracja a potem utrzymanie. Wydawało nam się, że różnorodność wymagań przed nami stawiana powodowała iż zróżnicowanie usług było ogromne. Wykluczone było wiec podzielenie tego bałaganu w grupy, poukładanie w profile. Myśleliśmy tak, gdyż nikt w sumie do tego nie dążył – infrastruktura żyła swoim życiem. Machina ta potrzebowała do przetrwania ludzi i mocy obliczeniowej… oraz zer, potężnej ilość zer, zer ze znakiem euro na końcu.

Dwunaste. Prawny. Robi się luźniej, prawie wszyscy wysiadają. Mieliśmy wszystko – najnowszy sprzęt, oprogramowanie, ludzi. Brakowało nam jedynie porządku. Entropia to straszna rzecz, rozpad do chaosu następuje tak niepostrzeżenie i bezwzględnie. Pozostawiając IT samemu sobie, bez zasad i twardej reki entropia staje się synonimem zarządzania. Wiedziałem, że wyjście poza firmę z usługami nie jest możliwe, że chmura to nie rozwiązanie dla mnie, przynajmniej nie na tą chwilę. Właśnie krawaciarze z dwunastego mnie o tym poinformowali. Dział prawny zawsze potrafił zepsuć dobrą zabawę. Ja jednak oczami wyobraźni widziałem swoją infrastrukturę w chmurze – święty spokój, wszystko płynnie działające, niekończące się zasoby… Żebym tylko mógł.

Dziewiętnaste. Winda przystanęła, wyszli kolejni ludzie. Nie wiedziałem co oni tu robią – to jeden z Tych działów dotyczących Tych technologii o których my zwykli śmiertelnicy nie możemy wiedzieć absolutnie nic. Po chwili jednak powróciłem do wewnętrznych rozterek. Żebym tylko mógł… Ale tak naprawdę co mnie powstrzymuje? Przecież mam zasoby. Nowoczesny sprzęt wykorzystany w czterdziestu procentach. Oprogramowanie zainstalowane i gotowe do działania. Ludzie na stanowiskach – sami specjaliści, aktualnie przerzucający filmy na youtubie i stalkingujący swoich byłych. Zrozumiałem wtedy, że od XIII wiecznej infrastruktury IT, którą mam teraz, do super nowoczesnej Chmury dzieli mnie tylko krok – automatyzacja. Olśniło mnie, że poziom świadczenia usług może zmienić się nie do poznania. Przez kolejne kilka pięter było mi raz zimno, raz gorąco, z wypiekami na twarzy roiłem sobie w głowie wizję nowoczesności – rezurekcję w Chmurze.

Dwudzieste siódme. Pogrążony w amoku myśli nie widziałem, że zostałem już prawie zupełnie sam w windzie. Ludzie powysiadali na poprzednich piętrach. Z każdą chwilą wiedziałem coraz bardziej co mam zrobić. Miałem infrastrukturę, oprogramowanie i ludzi. Brakowało tylko rozwiązania które by to wszystko połączyło w całość.

Wydaje mi się, że nie byłem odosobniony w tej sytuacji. Podczas późniejszych rozmów z wieloma specjalistami z branży IT dowiadywałem się, że oni również doznawali olśnienia iż do prywatnej chmury dzielił ich tyko krok… a do wykonania tego kroku przymuszał ich, jak również i mnie, poziom skomplikowania i wielkości infrastruktury które zaczynały generować niebotyczne koszty i problemy.

Teraz krok ten w stronę chmury wydaje się jasny. Posiadając bowiem działającą infrastrukturę wirtualną – szereg sklastrowanych serwerów, rzeszę macierzy, zduplikowany sprzęt sieciowy mamy usypane bardzo solidne fundamenty pod uruchomienie prywatnej chmury. W zasadzie najtrudniejsza i najbardziej pracochłonna część jest za nami. Pozostaje tylko kwestia zdecydowania się na wybór spoiwa które połączy naszą infrastrukturę fizyczną z użytkownikiem końcowym. Udostępni mu zasoby w przystępnej formie, tak aby nie musiał on posiadać dogłębnej wiedzy technicznej, a wciąż był w stanie uruchamiać i zarządzać niezbędnymi dla niego usługami. Możemy się zdecydować na bardzo zróżnicowane rozwiązania. Przede wszystkim będą one zależeć od zastosowanej w naszej infrastrukturze technologii. Moje środowisko wówczas było oparte o VMware vSphere. Niema co jednak załamywać rąk, gdyż istnieją również rozwiązania dla Microsoft Hyper-V czy Citrix Xen.

VMware coraz bardziej w swoich kampaniach reklamowych, materiałach i publikacjach zwraca uwagę, że vSphere nie jest już tylko platformą wirtualizacji a kompletnym rozwiązaniem Cloud. Powodowane to jest kompletnością portfolio elementów składowych vSphere – zaawansowany hypervisor, system centralnego zarządzania, system workflow, system kopii zapasowych i na końcu coś co nas najbardziej w tym momencie interesuje, czyli VMware vCloud Director.

Oprogramowanie to pozwoli nam na stworzenie zautomatyzowanego, kompletnego Datacenter dostępnego na żądanie w ciągu kilku minut. Dodatkowo uzyskujemy dzięki niemu możliwość pełnej kontroli używanej mocy obliczeniowej, dysków czy też sieci. Przy odpowiedniej konfiguracji VMware vCloud Director jest w stanie zautomatyzować nam większość usług centrum przetwarzania danych. Przez co zdecydowanie upraszcza administrację, bowiem wirtualne Datacenter jest nowym logicznym kontenerem, który zapewnia wszystkie usługi infrastrukturalne niezbędne do działania takie jak moc obliczeniowa, pamięć masowa, siec itd. Aplikacje uruchamiane w tych elastycznych kontenerach są automatycznie umieszczane w najbardziej optymalnym klastrze vCenter Server, łagodząc w ten sposób obciążenia poprzez równomierne rozłożenie maszyn wirtualnych na całej infrastrukturze fizycznej. Dzięki możliwości zdefiniowania wielu modeli alokacji zasobów, można określić w jaki sposób wirtualne centra danych mogą być wykorzystywane przez różne zespoły czy też departamenty. Zasoby można zarezerwować dla gwarancji dostępności, lub w modelu „as you go” dla uzyskania maksymalnej wydajności. vCloud Director można dostosować do istniejących systemów poprzez skorzystanie z API lub SDK. W ekstremalnych przypadkach można nawet pokusić się na stworzenie całkowicie autorskiego interfejsu WEB lub aplikacji do obsługi naszej prywatnej Chmury.

Czterdzieste. Zostałem sam. Ostatnia osoba opuszczająca windę obrzuciła mnie szybkim spojrzeniem przepełnianym nieufnością i strachem. Pewnie zadawała sobie pytanie kim jestem, że sunę windą zatopiony w rozmyślaniach wyżej i wyżej. Ja natomiast biegłem myślami szybko przed siebie. Wiedziałem już, że faktury które trzymam w teczce to tylko sterta nic nie znaczących papierów. Wiedziałem że tak naprawdę mam już chmurę, teraz musiałem ją tylko uruchomić. Podjąłem decyzje że ze względu na technologię VMware będzie oparta ona o vCloud Director. Miałem tylko jeszcze jeden problem do rozwiązania. Wydawało mi się, że moja infrastruktura – te setki różnych maszyn wirtualnych zdawały się niemożliwe do połapanie w żadne reguły. Po głębszym zastanowieniu zacząłem jednak dostrzegać, że w gruncie rzeczy z tej nieskoordynowanej masy zaczynają wyłaniać się pewne typy, pewne profile, kategorie. Powoli zaczynałem dostrzegać możliwości stworzenia katalogu, zawierającego wszelkie rodzaje wykorzystywanych w moim środowisku maszyn wirtualnych.

Systematyzacja usług, systemów i elementów infrastruktury IT w grupy i podgrupy była według mnie zawsze najtrudniejszą częścią transformacji do Chmury. To jest właśnie kluczowa część rzeczonego rachunku sumienia. Nie tylko ze względu na kwestie koncepcyjne, ale i wykonawcze. Opracowanie takiego katalogu to faktycznie sporo pracy. Zazwyczaj zwykłe spisanie maszyn i usług w jeden dokument nie jest jakoś wybitnie skomplikowane, problem pojawia się później kiedy trzeba ten dokument omówić z wszystkimi uwikłanymi stronami. Dyskusja zazwyczaj staje się problematyczna gdy z prezentacji idei przechodzimy do jej omówienia, a co najważniejsze do stworzenia profilu potrzebnych usług. Dosyć trudno jest bowiem przekonać ludzi, którzy zawsze mieli dużo i wszystko, a do tego, to wszystko w wersjach enterprises, że tak naprawdę potrzebują niewiele i to w wersji standard. Jednak warto pamiętać, że przebrnięcie przez te rozmowy, owocuje w rezultacie zwartym portfolio usług w naszej prywatnej chmurze. Wprowadzenie ich do vCloud Directora to już w zasadzie tylko formalność. Dzięki zastosowaniu szablonów Open Virtualization Format zebranych w kontenery vApp uzyskujemy możliwość wygodnej budowy katalogu usług gotowych do szybkiego wdrożenia. Kontenery vApp pozwalają uchwycić wymagania obliczeniowe, pojemnościowe czy też sieciowe w sformalizowane grupy, przystosowane pod usługi na nich działające. Dodatkowym atutem kontenerów jest ich łatwa przenaszalność między lokalizacjami.

Czterdzieste siódme. Gdy już miałem pełne wyobrażenie z czym się mierzę, a katalog usług wstępnie rozrysowany w głowie. Dotarła do mnie myśl, że moja chmura pozwoli mi również pozbyć się problemu podziału kosztów. Nareszcie będzie możliwość przejrzystego ich rozliczania w zależności od faktycznego zużycia zasobów. Dzięki integracji vCloud Directora wraz z VMware vCenter Chargeback Managerem będzie można uzyskać raporty faktycznego zużycia zasobów infrastruktury przez każde z wirtualnych centrów danych. Pozwoli to na zamknięcie ust wiecznie niezadowolonych team leaderów, nieprzerwanie narzekających, że płacą za dużo za infrastrukturę, a wszystkie koszty wzięte są z kosmosu. Zaistnieje w końcu możliwość przesłania im wiążącego podsumowania skonsumowanych przez ich systemy zasobów, a granulacja tych danych w razie potrzeb może być przesiana do poziomu minut i kilobajtów.

Pięćdziesiąte. Czułem, że już powili zbliżam się do celu – z każdą chwilą było coraz zimniej. Myśli krystalizowały się, a teczka ciążyła coraz bardziej. Pięćdziesiąt cztery, pięć. Drzwi rozsunęły się z cichym metalicznym trzaskiem. Długi mroczny korytarz prowadził w stronę światła. Architekta tego monumentalnego budynku w dzieciństwie rodzicie musieli napastować na zmianę twórczością Hieronima Boscha i braci Suomalainen. Podziwiałem jednak jego kunszt. Zrozumiałem bowiem dlaczego biuro zarządu jest zawsze na ostatnim piętrze – długa droga uruchamia czasem zupełnie niespodziewanie proces myślowy, który może zaowocować niejednokrotnie rewolucyjną ideą. Nagle z zamyślenia, na końcu korytarza, wybiła mnie swoim urzekającym uśmiechem Najpiękniejsza Kobieta w Mieście. Jej aksamitny głos zawiązał na mojej krtani pytanie, czy może ona w czymś pomóc? Spytałem ją tylko nieporadnie gdzie jest niszczarka… miałem dużo niepotrzebnych faktur do akceptacji ze sobą.

About the author

Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT. Specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP oraz VMware vExpert.
1 Response
  1. 100% racja – i może trochę przerysowane – ale w dobrym momencie :).

    W wielu przypadkach spotykam się z tendencją o której piszesz – czyli bałaganu który wprowadziła wirtualizacja.

    Kiedyś – gdy jej nie było, każdy odpowiednio liczył sprzęt który posiada, upychał maksymalnie dużo usług na jednym serwerze fizycznym i jednym na nim postawiony OSie, teraz czasem na siłe separuje się usługi – nawet gdy nie istnieje taka potrzeba. Ileż to razy widziałem że admini stawiali kilka różnych maszyn windows server dla każdej bazy ms sql zamiast postawić kilka instancji w ramach jednej wirtualki (zaznaczam, że nie było ku temu przeciwskazań natury bezpieczeństwo/stabilność/wydajność), utylizując szmal na licencje windowsa :). Wirtualizacja wprowadziła wygodę i szybkość stawiania z template kolejnych maszyn, więc – jak sam wspomniałeś – po co myśleć nad wykorzystaniem jednej wirtualki jak w 30 sekund można mieć kolejną i kolejną, a „zaoszczędzony” czas – przeznaczyć na zastanawianie się na co wydać kasę.

Leave a Reply