Stacja pierwsza. Pobudka. Metaliczny posmak stresu w ustach. Przedzierający się przez stare okna, które swoją szczelnością dorównywać mogą jedynie polskim prezerwatywom, zimny wiatr hula po pokoju. Właśnie wtedy, gdzieś głęboko w podświadomości świta mi myśl, że to może nie być najlepszy dzień. Wysunąłem się w zobrzydzony w zimny półmrok pokoju. Temperatura jak w cholernym gułagu.

Stacja druga. Narzuciłem na siebie jakieś zeszłoroczne spodnie, kawałek zmiętej koszuli i ruszyłem do przedpokoju. Wiedziałem, że ta zarwana noc nie pójdzie na marne. Za godzinę strach zajrzy mi w oczy, ale na razie głęboki oddech. Spokojnie. Przez zalepiającą oczy szarość poranka ruszyłem w stronę drzwi do przedpokoju.

Stacja trzecia. Upadłem. Potknąłem się o zawiniętą wykładzinę. Na szczęście to tylko zadrapanie, nic poważnego. Leżąc na twardej podłodze stwierdziłem, że jest całkiem wygodna. Może powinienem był tam zostać?

Stacja czwarta. Zwlokłem się resztką sił do łazienki. Popatrzyłem w lustro. Do matki jestem podobny. Te same rysy. Umyłem się, szybko. 55 minut.

Stacja piąta. Spakowałem się, swoje graty do plecaka. Buty, kurtka, wyszedłem z mieszkania. 52 minuty. Windy jak zwykle nie można się doczekać, znowu ktoś zostawił otwarte drzwi. Zbiegam na dół, cztery piętra. Tętno podskakuje, serce pompuje niespodziewaną energię prosto w jaźń. Tik tak, czwarte, tik tak, trzecie, tik tak, drugie, tik tak pierwsze. Parter. Drzwi wyjściowe. Zatrzaśnięte. Wypluwam z siebie pierwsze tego dnia słowa. Orientuje się że nie były one najsłodsze. Zrezygnowany czekam. Ktoś szarpnął za klamkę, razem może damy radę. Tik tak. Ratuje mnie mój Szymon Cyrenejczyk. 47 minut.

Stacja szósta. Biegnę na przystanek. Ślisko, zimno, wieje. Czyściec. Jakaś baba wciska mi gazetę, nie chcę, nie mam czasu! To za mało! Prawie wpycha mi ją w gębę, wyciera mi nią twarz, za darmo proszę pana, za darmo! Aż do pożgania.

Stacja siódma. Tramwaje, autobusy, wszytko pędzi. Automat biletowy pożera ostatnie monety. 42 minuty. Ile czasu można czekać na tą pieprzoną drukarkę. Pewnie w specyfikacji drukuje ona sto biletów na minutę, zapomnieli tylko dodać, że rozgrzewa się około dwudziestu. Tramwaj już podjechał, a ja w końcu dostałem ten wyczekany bilet. Bignę. Upadłem. Drugi raz. Cholerny lód, czy to tak trudno posypać wszytko dokładnie piaskiem?

Stacja ósma. Tramwaj toczy się powoli wąskimi uliczkami. Pierwszy przystanek – kościół, ładunek – staruszki. Drugi przystanek – szkoła, ładunek – rozkrzyczane dzieciaki. Metaliczny posmak ustępuje goryczy, czuję się źle, zmęczenie i stres zaczynają coraz bardziej dawać o sobie znać. A one krzyczą… że też one tak mogą cały czas. Kobiety, dziewczyny niewiasty. Muzyczka z komóreczki i ryk z paszczy. Jestem zaskoczony kiedy po mojej prośbie się uciszają. 27 minut. Muszę wyglądać strasznie.

Stacja dziewiąta. Tramwaj się zatrzymuje, biegnę na autobus. Znowu się potykam, padam. Trzeci raz. Jak biblijnie! – pomyślałem. Wsiadam w autobus. 24 minuty.  Pomyliłem się, wychodzę idę piechotą bo nie mogę złapać innego. 14 minut. Droga ciągnie się niemiłosiernie.

Stacja dziesiąta. 7 minut. Dotarłem, zlany potem wbiegam na piąte piętro. Siadam, zdejmuje kurtkę. Kręci mi się w głowie.

Stacja jedenasta. Szybkie formalności – dwa dowody, zdjęcie i trafiam do klatki. Cztery ściany, dwie kamery, weneckie lustro. Mam wrażenie że zaraz z naprzeciwka wjedzie dwóch policjantów. Jeden będzie bić, drugi będzie tulić. Rozpoczyna się, pierwsze pytania, krew nachodzi do mózgu. Panika, nierówny oddech. Topię się w sowim własnym pocie. Myszka niczym gwóźdź, rani dłoń. Nie jest dobrze myślę, nie jest dobrze… idę dalej.

Stacja dwunasta. 83 gwożdzie za mną. Rozdzierają mi umysł. Ból i zwatpienie. 84. Powoli przestaje czuć. 85. Konam.

Stacja trzynasta. Sprawdzenie jest ponad moje siły. Pytania z View są niczym ostrze przebijające pierś. Skończyłem… jeszcze tylko jeden ruch i będę wiedział. Jedna chwila…

Stacja czternasta. Ta chwila trwała bardzo długo. Gdzieś po drugiej stronie galaktyki czarna dziura pożerała na śniadanie jakieś ciało niebieskie, w odległej ameryce południowej amazońskie mrówki zniewlały kolejne miliony pobratymców. A ja czekałem… tik, tak.

Stacja piętnasta. Zdałem. Od dziś jestem VMware Certified Professional 5 😉

About the author

Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT. Specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP oraz VMware vExpert.
5 Responses
  1. ml

    Dziękuję bardzo! Poziom trudności… Dużo pytań z VCP4, rozszeżone o zmiany w vSphere 5. Zauważyłem też klika pytań, co prawda mało technicznych z innych produktów – View, vCloud. Czy trudniejszy?… nie, inny – taki VCP4+ 😉

Leave a Reply