Jeszcze kilka lat temu, praca z domu kojarzyła się z skręcaniem długopisów, przepisywaniem ankiet, czy w najlepszym przypadku prostytucją. Jeżeli byłeś, więc przeciwnikiem sterczenia w korkach, nie lubiłeś swoich smutnych kolegów z biura, a codzienne prasowanie i przywdziewanie koszul, oraz spodni od ślubnego garnituru przyprawiało cię o mdłości, to Twoja ścieżka kariery nie wyglądała zbyt różowo.

https://flic.kr/p/gtwRRh

 

Sprawa odrobinę się zmieniła w związku z rozwojem technologii mobilnych i IT. Biuro zaczęło podróżować za pracownikiem i przaśne chałupnictwo zmieniło się w błogosławioną telepracę. Nareszcie możliwe stało się, by od legowiska do biura dzielił nas dystans czterech metrów, szef pojawiał się jedynie w mailach i telekonferencjach, a ekspres do kawy zawsze miał wodę i ziarno. Wydawałoby się, że osiągnęliśmy nirwanę wygody, a wszelkie niedogodności odeszły w niepamięć. Nawet czas, tak jakby zwolnił, rozmył się i przestał obowiązywać. Praca, bowiem mogła być wykonywana w dowolnym momencie i natężeniu. Istna utopia.

Kiedyś Hellmuth Walter, niemiecki inżynier i pionier w dziedzinie badań nad silnikami rakietowymi, oraz turbinami gazowymi rzekł „Utopista widzi raj, realista widzi raj i węża”. Słowa te zawsze wracają pozostawiając rysę na rzekomym ideale i rodzą wątpliwości… Czy praca z domu to dobre rozwiązanie? Jakie są zagrożenia, jakie są przemilczane wady?

Wszystko zależy od człowieka, a świat się dzieli na ludzi idealnych i rzeczywistych. Idealni wstają, robią kawę i o godzinie dziewiątej są przed komputerem, by z aptekarską precyzją skończyć o siedemnastej. Opuszczają fotel, wyciszają telefon, a praca czeka na nich do dnia następnego. Są też ludzie realni, tacy istniejący naprawdę i zazwyczaj większość z nas znajduje się właśnie w tej grupie. Otóż oni zazwyczaj krzątają się od rana i w zasadzie ich dzień pracy nigdy się nie zaczyna, bo i nigdy się nie skończył. Tkwiąc w wiecznym stanie zawieszenia miedzy życiem osobistym a pracą mieszają rzeczywistość jak Sheridans w kieliszku. Uświadomienie przychodzi, gdy dostają pozew rozwodowy albo dogania ich czterdziestka.

Telepraca może uzależnić, może również być metodą pracodawcy na zwiększenie produktywności pracowników… w końcu dostaliśmy nasz raj, to czujemy się zobowiązani oddać coś w zamian. Nadgodziny? Niepoliczalne. Urlopy? Nieodróżnialne. By nie popaść w paranoję ważna jest odskocznia i pewnego rodzaju higiena emocjonalna. Polega ona na robieniu również czegoś innego poza pracą, posiadaniu hobby, albo, chociaż jak Hrabia Monte Christo życia zemstą. Pobudki są nieistotne, ważne jest to, aby postawić granicę miedzy pracą a życiem. Nie musi być to od razu czternastometrowy mur z wieżyczkami strażniczymi i systemem CCTV, wystarczy subtelna linia w podświadomości.

Kolejnym przemilczanym elementem telepracy jest zdziczenie. Objawia się ono całodniowym snuciem się po domu w szlafroku, kilkutygodniowym zarostem i wieczną fryzura utrzymaną w stylu out-of-bed. Dodatkowo zabawnym elementem tego stanu jest jakaś dziwna potrzeba obcowania z ludźmi – patrzenia na nich, rozmawiania, a co najdziwniejsze rozkoszowania się tłumem. Wyobraźmy sobie, że, jak co dzień wybieramy się do sklepu. Nakładamy wyjściowy dres i sprany, pognieciony T-shirt z naszym ulubionym zespołem metalowym. Poziom naszego zdziczenia widać będzie w cudzych spojrzeniach. Jest źle, gdy patrzą na nas jak na bezdomnego, tragicznie, jeśli przysiadając sobie na ławce zgrania nas jednostka szybkiego reagowania biorąc za terrorystę. Warto może wtedy się zastanowić, czy mamy jeszcze realnych znajomych i czy nie mają ochoty gdzieś wychodzić. Często.

Praca z domu może być wyrwaniem się spod bata codzienności, może umożliwić samorealizację na naszych własnych zasadach. Pamiętajmy jednak, że zrzucając w euforii stare kajdany często możemy nie zauważyć nowego łańcucha kołyszącego się u stóp.

Felieton opublikowany w magazynie IT Professional.

About the author

Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT. Specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP oraz VMware vExpert.
5 Responses
  1. Myślę, że Polacy dopiero zaczynją się uczyć telepracy czy popularnego w korpo home office. To właśnie korporacje, na przestrzeni ostatnich lat rozpropagowały taki sposób pracy. Z moich obserwacji, najlepiej sprawdza się w model max 1-2 dni w tygodniu. Poza opisanymi przez ciebie symptomami, tracisz ciągłość z tym co się dzieje w biurze, kontakt z zespołem i z czasem jesteś marginalizowany. No chyba, że wszyscy pracują z domu albo pracujesz sam. Dla pracodawcy widzę same plusy. Oszczędność na stanowisku pracym w dodatku jak wdroży politykę BYOD, na sprzęcie. Pracownik nie musi tłuc się parunastu kilometrów do pracy w godzinach szczytu. Jeżeli charakter pracy pozwala zawsze można w ciągu dnia wyskoczyć i załatwić coś w trakcie dnia. Pracuje z Holendrami, dla nich to normalka, że w trakcie dnia wyjdą na siłownie i dłużej posiedzą wieczorem.

  2. Jest jeszcze jeden aspekt którego nie poruszyłeś a może częściowo. Niestety praca w domu nie tylko może mieć znamiona nigdy nie kończącej, ale również jeżeli nie ma się samodyscypliny, a sprawy domowe przeszkadzają w pracy to ani jedno ani drugie nie będzie robione dobrze. Te metody trzeba sobie wypracować samemu, niestety nigdzie tego nie uczą. A jak już wiesz jak (dyscyplina, praca, czas wolny, hobby) to faktycznie może to być dobry sposób na pracę i oszczędzanie czasu.

  3. generalnie tak jak napisałeś – my Polacy dalej uczymy się telepracy. Zwykle o ile pracujemy dla zagranicznej korpo nie ma z tym problemu. Natomiast problemem home office jest dla polskich managerów i kierowników którzy myślą że home office to taki dodatkowy urlop. Z własnego doświadczenia wiem że w domu pracuje zawsze dłużej i efektywniej żeby własnie pokazać ze pracowałem. Jak ktoś ma duże mieszkanie albo dom to fajnie wydzielić sobie miejsce gdzie tylko pracujemy i spedzamy tylko 8 godzin i tyle. Pozniej wracamy do prawdziwego zycia, do rodziny.

  4. Cieszę się, że dyskusja Was aktywizowała! Zgadzam się z każdym z Was praca z domu jest jak obusieczny miecz… można się uszkodzić, ale wciąż chce się go mieć 😉

Leave a Reply